wtorek, 15 kwietnia 2014
Rozdział 1 "To jest Louis"
Dom dziecka. Godz. 14:25
*Mama Cassie*
Wreście dojechaliśmy na miejsce. John otworzył mi drzwi i weszliśmy do ogromnego budynku.
-Przepraszam...-Zaczepiłam jakąś panią na korytarzu.-Gdzie jest gabinet pani Ellis Jonson?
-Korytarzem prosto i pierwsze drzwi po prawej.-Odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem.
-Dziękuję.-Odpowiedziałam nieco mniej entuzjastycznie.Razem z John'em szliśmy w pokazanym nam kierunku, aż zobaczyluśmy drzwi z napisem "Mr.Ellis Jonson". Ostatni raz popatrzyłam się na małżonka, po jego oczach wiedziałam, że jest pewny podjętej dycyzji. Zapukałam do drzwi i zaraz zobaczyłam w nich kobietę po około 50-dzesiątce.
***
-Zaraz przyprowadzę do was chłopca...-Powiedziała właścicielka ośrodka. Nigdy nie lubiłam takich miejsc ponieważ dzieci, przetrzymywane były tu niczym zwierzęta. Przydzielony pokój, codzienny posiłek, i sen. Kto chciałby tak żyć?
-Megg?-Wyrwał mnie z zamyśleń głos John'a.
-To jest Louis.-Dokończyłą za niego pani Ellis.
-Dzień dobry jestem Louis.-Chłopak odpowiedział oschle podając mi ręke.
-Cześć, jestem Megg a to mój mąż John.-Pokazałam na mężczyznę stojącego za mną, który po chwili podał ręke brunetowi.
-Miło mi.
-Dobrze więc mogą państwo zabieraż chłopaka do domu.-Oznajmiła kobieta i uśmiechnęła się jakby miała z nim problemy i cieszyła się,że wreście się go pozbywa. Louis zaczął iść w naszą stronę, dopiero teraz zauważyłam, że trzyma w swojej wielkiej dłoni torbę. Kiedy wyszliśmy z gabinetu i weszliśmy na parking szukając naszego auta dokładniej przyjrzałam się naszmu "synowi". Miał wiele tatuaży na ręce, dzięki białej prześwitującej koszulce mogłam też dostrzec tatuaż na jego klatce piersiowej. Weszliśmy do auta i jechaliśmy drogą powrotną do domu.Co chwilę ja albo mój partner zagadywaliśmy chłopaka co jakiś czas, po czym zauważyłam, że nie jest zbyt chętny by odpowiadać po prostu dałam mu spokój.
*Louis*
Jechałem samochodem z ludźmi, których ani trochę nie znam. Po wyglądzie mogą być naprawdę mili ale zobaczymy czy ze mną wytrzymają. Nie raz oddawwano mnie z powrotem do domu dziecka. Mogę sobie obiecać, że nigdy nie nazwę ich ani innych ludzi próbujących mnie do siebie przekonać, mamą i tatą. Po prostu nie jest to dla mnie normalne. W trakcjie drogi byłem bardzo zmęczony ale nie chciałem usnąć bo nie wiem co mogą zrobić. Nikomu nie powinno się ufać. I tego się trzymam. Po około 30 min. dojechaliśmy na podwórze wielkiego ceglanego domu na skraju miasta. Zwinnie wyjąłem moja nie dużą torbę z bagażnika i nawet się nie obejrzałem kiedy staliśmy już pod drzwiami mojego "nowego domu". Po wejściu do środka zdjąłęm moje stare i troche zniszczone convers'y.Rozejrzałem się szybko po salonie i zobaczyłęm schody prowadzące na górę.
-Zaprowadzę cię do twojego pokoju.-Oznajmił John.
-Ok.-Posszedłem za mężczyzną po schodach i zaraz potem znalazłem się w swoim "nowym pokoju". Zrobiony był on typowo dla chłopaka w pomarańczowo-szarym kolorze.
-Jak się rozpakujesz zejdź na dół, ziemy kolację i kogoś poznasz.-Powiedział i wyszedł. Rozpakowanie zajeło mi około 10 min. nie mam dużo rzeczy. Położyłem się na lóżku i myślałem kogo mam poznać. Oczywiście mówiono mi, że mam mieć przyszywane rodzeństwo bo mają już dziecko tylko, że nie wiem czy jest to dziewczyna czy chłopak, jest wysoka czy niska, blondynka...a może brunetka. Krótko mówiąc nic o niej nie widziałem. Moje rozmyślenia perwał narastający głód. Oczywiście nie mogę zjeść z nimi kolacji więc im się szypciej wyrwę, tym lepiej.
*Cassie*
Właśnie wracałam ze szkoły. Przetrzymali nas dłużej ale nie robiło mi to większego znaczenia bo usnęłam na ostatniej lekcji. Pożegnałam się z przyjaciółmi i kierowałam się w stronę domu. Wyjęłam z torebki klucze i przegręciłam zamek w drzwiach otwierając je. Przy zdejmowaniu butów przypomniało mi się, że dzisiaj mam poznam mojego "braciszka" jest ode mnie 3 lata starszy i nie będę nikomu obiecywać, że obdarzę go jaką kolwiek sympatią. Gdy weszłam do dużego salonu i zobaczyłam rodziców siedzących na kanapie.
-Podejdź,kochanie.-Powiedziałam mama.
-Ok...-Odpowiedziałam nawet nie wiem dlaczego trochę zaniepokojona. Usiadłam obok rodziów i wyczekiwałam wyjaśnień. Przestraszyłam się gdy udłyszałam jak ktoś schodzi po schodach. Od razu odwróciłam się w stronę dobiegającego odgłosu skrzypiących schodów. Wysoki, szczupły brunet z niebieskimi jak morzee tęczówkami.
-Cassie...-Zaczęła mama.
-To jest Louis.-Dokończyłą za nią tata. Czy to mój nowy "brat"?
______________
Pierwszy rozdział! Zachęcam do komentowania ;*
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

nooo, powiem ci, że ten blog jest o wiele zajebistszy (o ile takie słowo isnieje) od poprzedniego xD oczywiście tamten też był świetny ;P
OdpowiedzUsuńfabuła mi się podoba, nigdy nie czytałam jeszcze bloga o takiej podstawie. Zazwyczaj to bohaterka była adoptowana ahah :D
Za ortografię cię pochwalę, szczylu, 2 błędy z czego jeden zakładam, że literówka :D więc gratuluję :3
Ogólnie jest świetnie, nie mam pojęcia, jaki będzie ciąg dalszy wydarzeń, dlatego czekam z niecierpliwością na nexta <3
Mam tylko jedną uwagę... w domu dziecka są tylko osoby do 18 roku życia... a skoro Cas ma 17 lat, a Lou jest od niej starszy o 3... to coś nie gra XDDD ale to szczegół :P
Lots of love <3